Całkiem współczesna krucjata

Zdziwić by się mógł niejeden, kto sądziłby, że Polska jest krajem demokratycznym, bynajmniej nie wyznaniowym. I choć “innowierców” u nas niewielu, mało komu przyszłoby do głowy stawiać “jedyną słuszną” religię na czele rządu. Tymczasem ostatnie dni przyniosły nam zupełnie nieoczekiwane przewartościowanie w polskiej polityce. Gdzie dotąd rządzili – wybrani przecież przez społeczeństwo – ludzie, władzę przejęli, jak sami dumnie o sobie mówią, “obrońcy krzyża”. I choć wydawać by się mogło, że wieki krucjat mamy już dawno za sobą, okazuje się, że wcale niekoniecznie.

Cała farsa rozpoczęła się w kwietniu. Jeszcze o siódmej rano na pokład Tu-154 wdrapywał się mały, nieudolny prezydent-ksenofob, by przed dziewiątą wyjść (wypaść???) z niego w glorii i chwale bohatera narodowego. Jakiż to wielki czyn odmienił oblicze dotąd niezbyt poważanego polityka? Otóż, żaden. Zwykły wypadek.

Krzyż, który został postawiony przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, by uczcić tragicznie zmarłych (broń Boże, “poległych”!), szybko stał się symbolem walki politycznej. Walki wprost ohydnej, godnej samych mistrzów – Tysona i Gołoty, gryzących się nawzajem po uszach i okładających poniżej pasa.

W kilka miesięcy po katastrofie uznano, że czasu lizania ran nadszedł kres. Krzyż zdecydowano się usunąć. I co? I nic, można by rzec. Rokosz, jakiego w Galicji nie widziano. Grupa “obrońców krzyża” skutecznie uniemożliwiła przeniesienie symbolu. Policja nie zamierzała szarpać się z grupą ubezwłasnowolnionych emerytów. Zaiste najciekawsze, że kiedy zaproponowano przeniesienie krzyża do pobliskiego kościoła – podkreślam: kościoła – okazało się, iż ów kościół dla krzyża jest miejscem niegodnym. Szczytem naiwności byłoby dłużej powstrzymywać się od pytania, czy aby na pewno o pamięć o zmarłych tu chodzi?

Przykre jest, że godności zmarłego prezydenta nie potrafi uszanować jego brat, wykorzystując śmierć bliźniaka do bezpardonowej walki politycznej. Przykre jest, że w ową walkę polityczną tak łatwo wmanewrować dał się Kościół. Wreszcie przykre jest, że nawet nad zbiorową mogiłą, polscy politycy nie potrafią się porozumieć. Bo jeśli nie śmierć, to czy jest jeszcze coś, co mogłoby ich połączyć?

Comments are closed.