Początek sezonu Justyny

Dla wszystkich miłośników sportów zimowych, do których mogę także zaliczyć siebie, a zwłaszcza kibiców Justyny Kowalczyk, początek sezonu 2010/2011 nie wygląda obiecująco. Nie dlatego, że nasza najbardziej utytułowana narciarka źle przepracowała sezon letni, ani nie dlatego, że ma kłopoty ze zdrowiem lub straciła motywację do zdobywania kolejnych trofeów. Nie wygląda dobrze, gdyż wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że odpowiedzialni za narciarstwo biegowe działacze FIS postanowili udowodnić całemu światu, że najlepszą biegaczką narciarską na świecie może być tylko osoba urodzona w Skandynawii. A najlepiej w Norwegii. I powinna nazywać się Marit Bjoergen. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że jest jeszcze kilka zawodniczek, które nie przyjęły tego postanowienia do wiadomości.

Na ich czele znajduje się Justyna Kowalczyk, pochodząca z kraju, który w sportach zimowych nie ma żadnej reprezentacji w międzynarodowych organizacjach, czyli niewiele może zdziałać przy zielonym stoliku. Zdobycie przez Justynę Kryształowej Kuli w ubiegłym sezonie oraz jej medalowa zdobycz na igrzyskach w Vancouver były wspaniałym ukoronowaniem czterech lat ciężkiej pracy po brązowym krążku w Turynie. Niestety, jeszcze przed rozpoczęciem obecnego sezonu do polskiej ekipy dochodziły głosy od przyjaciół z innych ekip z ostrzeżeniami, że norwescy działacze
nie cofną się przed pozasportowymi przedsięwzięciami, jeśli miałyby one ułatwić Marit Bjoergen pokonanie Justyny Kowalczyk w nadchodzących Mistrzostwach Świata i całym sezonie pucharowym. Dwie dyskwalifikacje w kilku zaledwie biegach stanowią poważne ostrzeżenie dla naszej biegaczki, ale zarazem stawiają w złym świetle sukcesy jej największej rywalki, która bezsprzecznie prezentuje znakomitą formę i na pewno walczy czysto.

Comments are closed.