
Russel Crow jako Robin Hood
Jedna z najsłynniejszych legend powraca w kolejnej odsłonie. Przygody Robin Hooda po raz kolejny trafiają na ekrany kin całego świata. Czy najnowsza adaptacja historii księcia złodziei warta jest obejrzenia? Jestem przekonany, że tak. Choć wydawałoby się, że o Robin Hoodzie powiedziano już wszystko – 750 prac historycznych, filmy i seriale produkowane między innymi w Stanach, Wielkiej Brytanii, Polsce czy choćby ZSRR – najnowszy film Ridleya Scotta zdaje się rzucać zupełnie nowe światło na dobrze znaną legendę.
Nie sposób zacząć inaczej niż od najważniejszej postaci. Książę złodziei w wykonaniu Russela Crowe to istny majstersztyk. Prawdą musi być zatem, że wszystko, czego dotknie Nowozelandczyk, przemienia się w złoto. Nie inaczej było i tym razem. Aktorowi udało się – z postaci doszczętnie zgranej i przetworzonej na wszystkie sposoby – wykrzesać iskrę zdolną palić wioski. Można śmiało powiedzieć: na tle kilkudziesięciu innych interpretacji, Russel Crowe dokonał niemal niemożliwego – tchnął zupełnie nowego ducha w postać, którą przeanalizowano już na każdy sposób i pod każdym kątem. Robin Hood Crowe’a jest taki, jakiego zwykliśmy sobie niegdyś wyobrażać – szlachetny, honorowy i obdarzony zawadiackim poczuciem humoru. Nie można jednak powiedzieć, że film Ridleya Scotta to popis wyłącznie jednego aktora. Oprócz grającego pierwszoplanową rolę Nowozelandczyka, na szczególne uznanie zasługuje odtwórczyni roli Lady Marion. Cate Blanchett, choć pogodzona z nieco mniejszą wagą swojej postaci, zagrała z polotem, dzięki czemu Marion Loxley ma szanse zostać zapamiętana znacznie lepiej niż tylko jako przewijający się pokątnie motyw łączący fabułę. Matthew Macfayden, uosabiający szeryfa z Nottingham, nie wypadł tak, jak na czarny charakter przystało. Z pewnością nie jest to postać, którą publiczność mogłaby szczerze znienawidzić. Najwyżej obdarzyć politowaniem. Nie jest to jednak wyłącznie zarzut, bowiem granica między dobrem a złem jest dzięki temu nakreślona znacznie cieńszą kreską.
Robin Hood Ridleya Scotta to film nakręcony z rozmachem, wyraźnie odróżniający się na tle pozostałych adaptacji legendy. I choć nie jest to dzieło wybitne, to z pewnością warto Robin Hooda obejrzeć. Poświęcone mu dwie i pół godziny – gwarantuję – nie okażą się stracone.
